top of page
  • Twitter
  • Facebook
Szukaj

ANDROMEDA'S EDGE

  • Zdjęcie autora: Kamil Kuklo
    Kamil Kuklo
  • 13 sty
  • 9 minut(y) czytania

Pod koniec 2024 nadarzyła mi się okazja dwukrotnie zagrać w nie dość, że jeden z najgorętszych tytułów minionego roku, to jeszcze w wersji all inclusive prosto z kampanii KS - Andromeda's Edge. Jako że perspektywa kolejnych rozgrywek nie na swojej kopii jest zawsze odległa i niesie za sobą ryzyko kompletnego zatarcia moich wrażeń z zabawy, postanowiłem naskrobać niniejszą recenzję (dla rozgorączkowanych planszówkowych freaków - pierwsze wrażenia ;) ), tym bardziej, że rachunek za przyjemność posiadania tego cacka na półce opiewa w okolicach kwoty czterocyfrowej. Wydatek na który nie mogę i wcale nie jestem pewien, czy chcę sobie kiedykolwiek pozwolić.

TEMAT

Szukając podręcznika w sieci znalazłem oficjalny plik, który literalnie jednym i to krótkim zdaniem wprowadza nas w uniwersum gry. Słowo "wprowadza" zresztą jest w tym przypadku nadużyciem, albowiem autor tekstu co najwyżej żachnął się na temat frakcji stawiających podwaliny pod nowe cywilizacje na granicy galaktyki Andromeda, oferując imersję w wersji ultra light. Zakładam, że przy takim wypasionym projekcie w skądinąd wyjątkowo grubaśnym pudle (381x330x17) znajdziemy coś więcej, być może całą księgę poświęconą kontekstowi fabularnemu planszówki... ale jeśli jednak nie to takie byle co na wstępie manualu zasługuje na góra dwóję w pięciostopniowej skali. Okej, mamy księżyce, planety, mgławice i obcych, ale taki defaultowy temat już odgórnie narzuca sam klimat sci-fi projektu. Banał.

ZASADY

Andromeda's Edge to w zasadzie dwie gry w jednej. Pierwsza to klasyczny worker placement (a raczej - ship placement), gdzie wysyłamy statki na mapę i odpalamy przypisane do pola akcje, po czym walczymy, albo i nie z botami, innymi graczami, albo z botami i innymi graczami jednocześnie. Druga część projektu opiera się na nabywaniu modułów, a więc różnorakich generatorów i konwertorów surowców, jakie będziemy wywoływać w kolejności przysparzającej nam najwięcej "reakcji łańcuchowych" (lub jak kto woli - combosów). Gro punktacji zależne będzie od naszej pozycji na pięciu trackach, część zdobyczy zgarniemy podczas rozgrywki dzięki wznoszonym budynkom (tzw developments) lub wspomnianym modułom, większość jednak spłynie na nas po ostatniej turze gracza, wystrzeliwując hen daleko w kosmos nasze znaczniki toru VP. Szczerze powiedziawszy szykowałem się na ciężkie euro o ciężarze 4+, a tu ku mojemu zaskoczeniu wyszło o cały punkt mniej, nawet z dodatkowymi modułami. Całość jest łatwo przyswajalna i pozwala się z marszu bawić nawet żółtodziobom.

OPRAWA GRAFICZNA

Mamy śliczną okładkę, bardzo ładne ilustracje na kartach, piękne obrazki na hexach, planszetkach graczy, a jednak nie wywołuje to jako całość efektu WOW. Może to wina planszy głównej, której górna połowa z trackami prezentuje się wyjątkowo biednie, może to te średnie kafle modułów, a może jest tu za dużo grzybów w barszczu i pomimo bardzo dobrych składników nie tworzą one spójnej całości. Żeby nie było, oprawa graficzna to nadal moim zdaniem czwórka, ale wbita z raczej mniejszym aniżeli większym przekonaniem.

W skali mikro gra prezentuje się najokazalej; zdjęcie seermagic z BGG
W skali mikro gra prezentuje się najokazalej; zdjęcie seermagic z BGG

KOMPONENTY

Kto mnie zna ten wie, że zadowalam się zwykle byle drewnianym sześcianem i jeśli chodzi o miniaturki to "I could't care less", ale w przypadku Andromeda's Edge to są one naprawdę spoko. Nasza gwiezdna flota budzi podziw, podobnie statki kosmiczne obcych, no mooże za wyjątkiem smoka, który sprawia wrażenie stwora urwanego z totalnie innej bajki (tudzież wyklutego z kinder jaja niespodzianki). Szczególnie sprytnie działają budowle (developments) w które wciśniemy naszych agentów, co zresztą nadaje nieco logiki genezy ich powstania na mapie, dodatkowe pochwały należą się za znaczniki i naprawdę wyśmienicie przedstawione surowce. Wszystko przygotowano z przepychem i naprawdę trudno mi w tym kontekście zrozumieć brak dwuwarstwowych planszetkek graczy czy zastąpienia materiału kafli modułów o grubości kartki czymś dużo solidniejszym. Zgoda, całość i tak z trudem mieści się w pudle (z tego co zauważyłem użytkownik musi posiłkować się specjalną instrukcją jak wszystko wpakować do niego z powrotem), a modyfikacje podniosłyby też wagę produktu do powyżej 6kg, ale to jak dostać plastikowe sztućce i papierowy talerz w ekskluzywnej paryskiej restauracji. Osobną kwestią są te plastikowe kuwety na moduły i surowce, które przywołują mi skojarzenia z Wingspanowymi tackami (notorycznie w moim przypadku trafiającymi do kosza na śmieci). Ani to ładne, ani niezbędne, nawet właściciel kopii nie fatygował się, by wykładać je na stół. Ogólnie więc rzecz ujmując niby jest wypas, ale z rażącymi jak na wersję deluxe brakami.

Łamiący poczucie estetyki i prawa aerodynamiki kosmiczny smok w kadrze Olivera z BGG
Łamiący poczucie estetyki i prawa aerodynamiki kosmiczny smok w kadrze Olivera z BGG

INTERAKCJA

Na papierze są walki, ciasna przestrzeń, rozwój floty wojennej, a w praktyce to tej interakcji za wiele nie uświadczymy. Andromeda's Edge to czyste euro i w jako takim poświęcimy się przede wszystkim składaniu naszego surowcowego silniczka pchając w górę torów znaczniki, co absolutnie nie wymaga notorycznego rzucania się komukolwiek do gardeł. Kuriozum są też występujące w grze karty dyplomacji, które pozwalają znienacka... anulować bitwę, co właściwie trudno sobie nawet zwizualizować (hordy obcych i myśliwców gromadzą się w jednym polu, przygotowują działa i... nie oddają ani jednego strzału). Inna sprawa że zwycięstwo militarne nad oponentem nie przynosi wymiernych korzyści, jak choćby trofeów, pomijając fakt podniesienia się na chyba najmniej lukratywnym tracku supremacji. Ciekawym zabiegiem jest wywołanie końca zabawy wraz z osiągnięciem przez kogokolwiek określonego pola na torze punktacji; faktycznie nakazuje nam to zerkać w kierunku rywali, ale czy rzeczywiście świadczy o jakiejś wielkiej interakcji na planszy? No chyba niekoniecznie. 2.5/5

ZALETY

Andromeda's Edge to naprawdę gładki design, w którym możemy się bardzo szybko odnaleźć (co nie oznacza oczywiście wymasterowania gry). Całość działa, nie przytłacza milionem ikon i zasad, zawiera też w sobie dużo elementów podnoszących satysfakcję z rozgrywki. Miło jest zaskoczyć rywala kartą wyciągniętą niczym as z rękawa, przyjemnie jest strugać te combosy i pomnażać surowce w magazynach, a zespolenie tego z wskakiwaniem na coraz wyższe poziomy tracków budzi dumę.

To bardzo różnorodny projekt, mamy masę unikalnych modułów, opcjonalne hexy z nowymi funkcjami, karty celów, wydarzeń, sporo asymetrycznych frakcji, garść ras obcych, szereg typów ulepszonych statków, możliwość grania 2 vs 2 czy wariant na pięciu graczy. Moje obie rozgrywki wyglądały inaczej, niosły za sobą inne szanse i zagrożenia, jednym słowem regrywalność jest tu na wysokim poziomie, a rozszerzenia są i zapewne pojawią się jeszcze na rynku.

Plansza w środku rozgrywki prezentuje się elegancko, to taki przyjemny bałagan przy którym chcesz się zatrzymać i zapytać, co to leży na stole. Miniaturki podnoszą klimat, gdzieś tam zaczyna nam działać wyobraźnia i choć tematu tu za wiele nie uświadczymy, to jednak mamy wrażenie kosmicznej przygody.

Choć w Andromeda's Edge grałem tylko w 3 i 4 osoby to wydaje mi się, że równie dobrze będzie działać w mniejszym gronie (o solo się nie wypowiem, bo ten rodzaj zabawy nigdy mnie nie interesował). Nadal możemy wpadać na oponenta, nadal będziemy mieli podobne wrażenia z rozgrywki, nadal będzie sporo dziejstwa na planszy. No i walki - z tego, co czytałem wiele osób utyskuje, że losowe, że mając 5 kości nadal możemy przegrać z posiadaczem jednej, o ile wyrzuci wyższą wartość od nas. To wszystko prawda, ale w moim odczuciu ten system jest chyba najlepszym, jaki kiedykolwiek widziałem, tworzy suspens i autentycznie dodaje tego "fun factor" którego szukam w planszówkach. Wolę związane z nim ryzyko aniżeli nędzne deterministyczne systemy rodem z Voidfall, gdzie zwycięzca jest z góry przesądzony.

WADY

Szczęślilwie nie rozstawiałem tego behemota, ale po opiniach gospodarza wiem, że zabiera to niemałą chwilę. Wyłożenie wszystkich księżyców, modułów, nawet wyjęcie każdego ustrojstwa z pudeł wymaga czasu, że o spakowaniu całości z powrotem nie wspomnę. Dochodzi do tego przestrzeń, jaki projekt pożre po zakończonym setupie, to nie jest gra do wyłożenia w kuchni, ale na stole o naprawdę konkretnych wymiarach.

Duży stół, a wypchany po krawędzie, zdjęcie Mark Dainty z BGG
Duży stół, a wypchany po krawędzie, zdjęcie Mark Dainty z BGG

Odpalanie modułów, jak wspomniałem, to kawał satysfakcji, ale wyłącznie dla gracza, który farmi surowce. Zwykle najpierw pozyskujesz energię, potem wykorzystujesz ją wraz ze statkami do uruchamiania określonych kafli, no i powiem Wam, że to dość nużący i czasem wręcz groteskowy widok, kiedy obserwujesz kolegę z wypiekami analizującego swoje poletko - tu zgarniam nanocarbon, tam creditsy, to wykorzystam do zamiany na coś innego, zyskuję lód z księżyca, który uzupełniony creditsami pozwoli mi wykonać jeszcze coś i dzięki BUM tej karcie sięgam po możliwości tego modułu, a ta BUM daje mi tytan, i tak w kółko i w kółko. Radość jednego rośnie wprost proporcjonalnie do spadku entuzjazmu pozostałych, tura ciągnie się w nieskończoność, szczególnie, gdy wiesz, że gdy nadejdzie twoja kolej zajmiesz pozostałym co najwyżej minutkę. W naszej grupie, za wyjątkiem pierwszej i ostatniej chyba rundy, ustaliliśmy przeprowadzanie tej fazy gry osobno, w czasie ruchów innych graczy, inaczej zamuliłoby to niemiłosiernie rozgrywkę, poza granice tolerancji. Kosztem jest niestety ryzyko wypaczenia rozgrywki, nieświadomego popełnienia błędu, czasem wynikającego z niezrozumienia zasad, poza tym... ręka w górę, kto w swojej planszówkowej grupie nie ma ciut bardziej chaotycznych osób, cofających swoje ruchy, gubiących się w kalkulacjach, czy przypominających sobie po czasie o nieodebraniu czegoś z puli, co im faktycznie przysługiwało? Andromeda's Edge jest tu swoją własną ofiarą, przedstawiając jako"feature" coś, co z innego punktu widzenia wygląda niczym "bug".

Nie jestem bynajmniej doświadczonym graczem, ale często miałem poczucie niedostatecznie ciekawych wyborów, jakie przede mną postawiono. Gra to w zasadzie 6 hexów z akcjami, z czego dwa są kluczowe (moduły), kolejne dwa zdecydowanie mniej (1 - reperowanie/budowanie statku, które możemy równie dobrze i czasem efektywniej przeprowadzić z innych miejsc; 2 - wznoszenie Developments, co w moim odczuciu ma jako taki sens tylko na początku starcia), a reszta pozwala zdobyć losowe karty lub dzikie surowce. W czasie zabawy sukcesywnie pojawiać się będą nowe pola planet, ale od nich będzie wiać nudą jeszcze bardziej, nie oferują bowiem nic, poza żetonem księżyca, a więc drobnym bonusem na przyszłość. Często po sprowadzeniu mojej floty do bazy patrzyłem na planszę i czułem, że nie mam tutaj nic ciekawego do zrobienia. Nie tylko rozsądek podpowiada nieustanne nabywanie modułów, to również kwestia zwyczajnego braku laku.

Alternatywą byłoby więc młócenie się z wszystkim, co się rusza na planszy, ale czy warto? Po pierwsze, niesie to za sobą ryzyko utraty wszystkich jednostek, albowiem wojujemy na zasadzie pokerowego all-in - przegrany umieszcza wszystkie statki na złomowisku, zwycięzca zostaje nienaruszony na planszy (a przypominam, że nawet jedna kość/statek może wystarczyć do pokonania pięciu). Po drugie - korzyść to tylko kroczek na czerwonym torze supremacji, najgorzej punktowanym, zero łupów, czy premiowych punktów zwycięstwa. Nieco inaczej rzeczy się mają w przypadku eliminacji jednostek obcych, ale nie dość, że te cholerstwa są na ogół diabelnie silnie, to poza bonusowym skokiem na innym tracku, surowcem, czy dociągnięciem jednej losowej karty w nagrodę (!), ułatwiamy innym graczom żywot na planszy, na zasadzie - potwór z wozu, koniom lżej. Bilans taki niekoniecznie dodatni.

Buszując po sieci znalazłem wiele opinii osób, które podobnie jak ja uważają żółty tor Commerce za zbyt silny w porównaniu z pozostałymi. Wdrapując się dostatecznie daleko uzyskamy dzięki niemu możliwość zamiany każdego zasobu z pozostałych pod koniec zabawy na 2 punkty zwycięstwa, co ostatecznie pozwala sięgnąć po ponad 70 VP, kilkukrotnie więcej, niż z jakiegokolwiek innego miejsca na planszy. Zapewne bardziej doświadczeni gracze z politowaniem przyjmą takie stanowisko (co kojarzy mi się z lamentem podniesionym gdy opisywałem wady gry Ankh), ale w moim odczuciu trzeba wspiąć się na wyżyny efektywności by inną ścieżką do zwycięstwa móc rywalizować z tym oczywistym dość źródłem punktacji. Niestety zawęża to poczucie wolności w wyborze swojej drogi w grze.

Podobnie jak w Dune: Imperium czy Uprising, tutaj również dociągamy losowo karty z talii, które możemy wyjąć jak królika z kapelusza podczas walk, w czasie nie swojej tury, czy gdy wykonujemy jakieś działanie. Tego typu rozwiązanie jest wyjątkowo irytujące gdy padamy jego ofiarą, tudzież bezsilnie obserwujemy, jak rywal zyskuje korzyść tylko dlatego, że miał więcej szczęścia od nas. Czaję, że to też element zabawowy w tym projekcie, ale jego nieprzewidywalność wykracza już poza moją strefę komfortu podczas grania.

Te karty wywołują uśmiech wyłącznie na twarzy ich fartowego posiadacza
Te karty wywołują uśmiech wyłącznie na twarzy ich fartowego posiadacza

Nieustanne sprawdzanie potencjalnie inicjowanych walk, ich procedowanie, czy w końcu staranne mielenie combosów na kaflach modułów lub wskutek zgarnięcia bonusu na torach postępu, zajmuje sporo czasu. Szczerze mówiąc z tego tytułu preferowałbym rozgrywkę w maksymalnie trzech, ewentualnie rozgrywanie krótszego wariantu starcia (podczas setupu wskazujemy wartość VP po osiągnięciu której przez kogokolwiek nastąpi zakończenie zabawy). Na marginesie, różnica pomiędzy wariantem średnim a epickim jest niewielka, albowiem im dłużej gramy, tym większe zdobycze punktowe osiągamy w czasie swoich tur.

I na koniec drobiazg, podobnie jak w Cthulhu Death May Die czy Ankh, tutaj również te bombowe miniaturki nie będą się mieścić na hexach gdy zrobi się tłoczniej. Spodziewam się jednak, że jestem w utyskującej mniejszości, albowiem dla wielu właśnie one stanowią wabik na zakup pudła.

Trzy jednostki zajmują całe miejsce ma polu, a niejednokrotnie zdarzy się, że dojdzie do spotkania ponad sześciu statków... zdjęcie SamuraiCreek z BGG
Trzy jednostki zajmują całe miejsce ma polu, a niejednokrotnie zdarzy się, że dojdzie do spotkania ponad sześciu statków... zdjęcie SamuraiCreek z BGG

OCENA KOŃCOWA

W Andromeda's Edge miałem przyjemność zagrać dwukrotnie i chętnie bym spróbował raz jeszcze, choć charakter rozgrywki nie skusił mnie do nabycia swojej, nawet tańszej i skromniejszej kopii (wersja retail kosztuje około 250zł). Ciężko zresztą ocenić projekt, który ma sporo zalet, lecz przy każdej wielki dopisek "ALE...". Fajny system modułów, ALE jego inicjowanie trwa zbyt długo, prosta i angażująca rozgrywka, ALE oferująca zbyt mało opcji na planszy, olbrzymia regrywalność ALE jednostajny i nudny rozwój mapy. Niemniej jednak tytuł ocenię pozytywnie, bo na 7.5/10, to zdecydowanie jedno z najlepszych euro w klimatach sci-fi w jakie grałem, prezentuje się dobrze, nie przytłacza, ma kapitalny system walk, regrywalność i operowanie surowcami na poziomie projektów klasyka Rosenberga. Przy okazji Andromeda's Edge, generalnie ciepło przyjęta przez planszówkowy światek, pokazuje jak co najwyżej przyzwoity był miniony rok w kontekście mojego ulubionego gatunku. Życzyłbym sobie, by zaprezentowany tu poziom był co najmniej punktem wyjścia dla konkurencyjnych designów, a nie przykładem gierki utrzymującej się od wielu tygodni wśród "gorących pozycji" na portalu BGG.

7.5/10

BGG LINK






 
 
 

Comments

Rated 0 out of 5 stars.
No ratings yet

Add a rating

JEŚLI SZUKASZ KONTAKTU, WYPEŁNIJ FORMULARZ

Dzięki za kontakt!

© 2035 by On My Screen. Powered and secured by Wix

bottom of page