DISTILLED
- Kamil Kuklo
- 20 sty
- 6 minut(y) czytania

Są takie gry, które smakują lepiej z jakimś dodatkiem - filiżanką kawy (Cofee Traders), lampką wina (Vinhos), czy... paczką sucharów (Revive, Nucleum i wiele innych tytułów). W przypadku Distilled na stół zawitała więc przytaszczona przez gospodarza butelka greckiej Metaxy, ale przecież nie mogło być inaczej - wspólnie "odkorkowaliśmy" pudło z grą za blisko 350 złotych poświęconą produkcji markowych alkoholi. Pijący chwycili za kieliszki, niepijący przede wszystkim za planszetki i, paradoksalnie, większość tak jednych, jak i drugich, poranek przywitał z kacem.
TEMAT
Jako spadkobiercy opuszczonej destylarni postaramy się przywrócić splendor obiektu, produkując i sprzedając mniej lub bardziej znakomite trunki. Przyjdzie nam nabywać piękne szkła, znane etykiety, mieszać drożdże, cukry, wszystko zgodnie z tematem, który możemy zamknąć w jednym słowie - alkohol. Swoją otoczką Distilled może faktycznie wywołać ślinotok wśród miłośników zarówno pełnego barku, jak uginających się pod ciężarem planszówek regałów. Klimat zabawy jest prosty i wyraźny, a dodatkową garść ciekawostek znajdziemy w podręczniku, czy przy asymetrycznych kartach postaci, wzorowanych na zasłużonych dla branży osobistościach. Mechanicznie też nie jest źle, albowiem proces destylacji w pewien sposób nawiązuje do świata rzeczywistego, i choć ekonomii czy rywalizacji z konkurencją na rynku tutaj nie doświadczymy, to i tak jako całość Destylaty wypadają nad wyraz zgrabnie. Tak punkt od oceny idealnej w zakresie posiadanej treści.
ZASADY
Najprościej rzecz ujmując przez siedem rund przyjdzie nam kupować karty-składniki, mieszać je i, po usunięciu na chybił trafił dwóch, sprawdzać, jakiej marki alkohol właśnie wyprodukowaliśmy. Każdy rodzaj wymaga określonego typu i ilości kart cukrów, część musi też nabrać mocy pod kartą beczki lub glinianego naczynia, wszystkie też przynoszą odmienny dochód i zdobycz punktową. Podczas zabawy przeznaczymy część zarobionych funduszy na specjalne zdolności destylarni (efekty trwałe), boostujące naszą sprzedaż butelki, czy ulepszone karty podstawowe. Dodatkowe VP mogą dostarczyć ujawniane na koniec zabawy cele prywatne, jak i te wspólne, tudzież posiadanie etykiet, czy szkła z określonego miejsca na świecie. Zasady, z drobnymi wyjątkami, są relatywnie proste i szybko przyswajalne, a ich poziom ciężkości przypomina nieco tożsame tematycznie Viticulture. Pomimo dwóch dodatków dołączonych do podstawki (Afryka i Bliski Wschód oraz Moc Beczki) to co najwyżej 2.5 na 5, a więc betka nawet dla planszówkowych półzawodowców.
OPRAWA GRAFICZNA
Distilled to w gruncie rzeczy karcianka z garścią znaczników i muszę przyznać, że cała talia prezentuje się w porządku. Szczęśliwie zamiast zdjęć (Earth) lub wyrobu zdjęciopodobnego (Ark Nova) zdecydowano się na przyzwoite ilustracje które być może niezręcznie nawiązują do estetyki gier familijnych, ale ten tytuł właściwie ma taki lekki charakter. Ikonografia jest czytelna, zapewne fikcyjne etykiety marek są bardzo ładne (googlowałem i wszystko wskazuje na ostrożne unikanie problemów z prawami autorskimi), nieco gorzej jest jednak z planszetkami, a w szczególności - z okładką na pudle. Brak detali i jakiegoś konkretnego pomysłu na zobrazowanie tematu jest uderzający, a przecież królestwo alkoholi bywa upajające już nawet wizualnie. Szkoda zmarnowanej okazji, toteż ocena średnia 2.5/5.

KOMPONENTY
Zwykle poświęcam temu akapitowi góra dwa zdania, ale tym razem, w obliczu peanów na cześć jakości wykonania gry w sieci, muszę zareagować. Gdzie jest niby ten wysoki poziom, bo zdaje się grałem w inną planszówkę? Zacznijmy od kart, bo choć mają fajną fakturę itede itepe, to są zwyczajnie za duże i ponoszą odpowiedzialność za przesadzoną stołożerność tytułu (patrz zdjęcie wyżej, a bawimy się najzwyklejszą karcianką typu Wingspan!). Znaczniki punktów zwycięstwa, nie dość, że przyjmują dość abstrakcyjne formy (nawet wspólnymi siłami nie potrafiliśmy rozgryźć co część z nich właściwie przedstawia), to jeszcze zajmują zdecydowanie za dużo miejsca. W Distilled bawiliśmy się w piątkę i niemożnością było umieszczenie trzech na jednym polu, ba, nawet upchanie dwóch graniczyło z cudem i wymagało budowania mini piramidki. Dodatkowo planszetki gracza nie posiadają żadnych oznaczeń kolorów, kilkakrotnie gubiliśmy się kto właściwie jest skojarzony z jakim znacznikiem i gdyby nie kafelki punktacji 50+/100+ to musielibyśmy polegać na naszej szwankującej pamięci. Owszem, grę wyposażono w eleganckie inserty, beczułkę wskazującą bieżącą rundę a'la te z Glen More Chronicles, ale wykonanie całości absolutnie nie zwala z nóg, a tym bardziej nie usprawiedliwia ceny pudła. A ta jest w moim odczuciu przynajmniej trzykrotnie zawyżona.

INTERAKCJA
Jak przystało na nowoczesny projekt euro-podobny oscyluje w okolicach zera. Wyścig po wspólne cele nie są w moim odczuciu żadną interakcją, tym bardziej, że mamy własne i właściwie nie musimy oglądać się na wszystkie zadania bo i tak nie będziemy w stanie każdego zrealizować. Rynkiem kart, podobnie jak w Dune Imperium, rządzi losowość, i niekoniecznie zakupiona przez rywala karta, na której nam powiedzmy że zależało, będzie zastąpiona gorszą. Teoretycznie moglibyśmy przepychać się o ograniczone liczbowo etykiety alkoholi, ale tych zabraknie relatywnie rzadko, bowiem dołożymy starań by produkować trunki różnego rodzaju. Jeśli nie pokłócicie się o rozlany na kartę alkohol podczas grania, to w zwarcie z innym zawodnikiem przy stole na pewno nie wejdziecie. 1.5/5
ZALETY
Proste zasady, barwny i autentycznie pociągający temat, plus zabawna idea destylacji polegająca na tasowaniu wybranych kart i odrzucaniu randomowo dwóch. Tak, bywa to frustrujące, że hej, ale stanowi esencję projektu i jest naprawdę wspaniale powiązane z autentycznym sposobem przeprowadzania procesu. Podobają mi się kafle marek alkoholi, odrobina asymetrii, możliwość rozgrywki do pięciu, choć to akurat wynika wprost z pasjansowego charakteru gry. Rynek oferuje rozszerzenia, Cocktails już zapowiedziano i kto wie, czy nie uzupełnią one ewidentnych braków projektu. Koneserzy napojów wysokoprocentowych nie muszą też już wybierać pomiędzy tandetnymi, stricte pijackimi projektami, a może nazbyt ciężkimi, liczonymi na palcach jednej ręki pozycjami, pokroju Vinhos. Distilled to taki "instant buy" dla tych, co lubią rozkoszować się kieliszkiem Whisky przy planszówce, której ciężar niekoniecznie zmąci ich przyjemność z samej degustacji trunku.
WADY
Projekt ten niby pozwala zrządzać szczęściem, ale bez fartowego ułożenia kart na rynku, wyciągnięcia odpowiednich w czasie destylacji, po prostu nie wygramy gry. Oczywiście możemy liczyć na podobne kłopoty konkurencji, niemniej jednak wrażenie małego marginesu błędu (tylko siedem okazji na produkcję!) może prowadzić do frustracji lub leżakowania gry na dłużej w pudle. W tym drugim przypadku nie liczyłbym na pozytywny wpływ upływającego czasu na zawartość, a raczej na całkowitą zamianę pochowanej tam treści w ocet.
Cena Distilled to żart i całe szczęście że dziś niektóre sklepy zdecydowanie ją obniżyły, albowiem pierwotna miała się do jakości produktu jak przysłowiowa pięść do oka. Dostępne już teraz na rynku rozszerzenia to dodatkowe 150 złotych, przy czym oferują one właściwie to samo, co podstawka, tyle że więcej. Dlaczego nie zostały one dołączone do bazowego pudła wynika zapewne z kickstarterowego pochodzenia projektu, gdzie trzeba dużo, bogato, a niekoniecznie sensownie.
A propos owego bogactwa, moje politowanie budzi dostępność wszelakich ulepszeń widniejących na stronie producenta. Kieliszki, coastery, koszulki, metalowe znaczniki czy monety, wokół Distilled stworzono małe uniwersum skierowane do fanatyków tytułu. Nie jestem pewien, czy to ma jeszcze cokolwiek wspólnego z planszówką, a na ile opiera się na czystym konsumpcjonizmie i kolekcjonerstwie. Chyba tylko podprogowe wpływanie na pragnienie graczy może uzasadnić potencjalny zakup, bo trzeźwy pewnych granic żenady jednak nie przekroczy.

Po pięciu rozgrywkach mam sporo wątpliwości co do regrywalności gry, która moim zdaniem ogranicza się do detali. Różnorakie zdolności postaci to nie jest jakiś nie wiadomo jaki game changer, podobnie odmienne listy receptur alkoholi, nie zmieniające właściwie odczuć z rozgrywki. Ścieżka do zwycięstwa jest w zasadzie jedna, cele graczy zdają się podobne i po kilku partiach Destylaty, nieważne przy jakim trunku, mogą stać się nudne.
Wielkość kart negatywnie wpływa na wymogi przestrzenne gry, co można by jeszcze wytłumaczyć informacjami, jakie muszą się tam zmieścić. W praktyce jednak mamy ilustrację na trzy czwarte powierzchni, dość wyraźną nazwę poniżej, a resztę opisaną drobną czcionką, której wielkość spada wprost proporcjonalnie do wzrastającej istoty treści (warunkowe zdobycze punktowe sprawiają wrażenie notatki informującej o kontekście historycznym). Mało tego, ikonografia jest szczątkowa i z daleka odszyfrujemy co najwyżej jakiego cukru dotyczy dana karta, albowiem jej przeznaczenie to tylko tekst. W efekcie wszyscy uczestnicy zabawy, bez względu na miejsce przy stole, musieli sięgać po każdą z 12 kart na rynku zaawansowanym, by trzymając ją przed nosem uznać, czy warta jest zakupu w przyszłości.
Przez ową nieustanną konieczność sprawdzania informacji rozgrywka się dłuży i w naszym pięcioosobowym gronie trwała nieco ponad 3 godziny. Z tego powodu nigdy bym nie proponował zabawy w więcej osób niż dwie, trzy w ostateczności, szczególnie, że to w zasadzie rozgrywka solo w grupie i braki osobowe działają zbawiennie.
Na koniec mojego bicia w ten destylacki worek podkreślę jedną rzecz - mamy tu do czynienia z karcianką, która mogłaby z powodzeniem działać bez planszetek, kuriozalnej ciężarówki na odrzucone karty z rynku, czy toru punktów zwycięstwa. Nie rozumiem, dlaczego na siłę upstrzono banalny design zupełnie zbędnymi komponentami poza czystą chęcią zysku autorów projektu. Distilled to dwie-trzy talie w skromnym pudełeczku, a wyszedł potworek narażający się na śmieszność. Zdecydowany przerost formy nad treścią.
OCENA KOŃCOWA
Nie miałem żadnych oczekiwań, uprzedzeń, a i tak się rozczarowałem, może nie tyle samą rozgrywką, co przywdzianiem tej prostej karcianki w nie wiadomo co. Zbyt duża losowość, brak interakcji, zawyżona cena, banalny design, ścierpiałbym to wszystko, gdyby gra była szyta na swoją miarę, a nie na miarę ambicji finansowych twórców. Projekt, poza sprytną fazą destylacji, jakby się kończył, nie oferuje za wiele, stąd moja czwórka w dziesięciopunktowej skali. Gdyby całość ująć w nieco inny temat Distilled mógłby cieszyć jako tytuł familijny, a tak może się sprawdzić chyba przede wszystkim jako wstępniak do poznania znacznie dojrzalszych pozycji. Kompletnie więc nie rozumiem hypu, miejsca blisko top 300 gier wszechczasów, a szczególnie tych zachwytów nad wykonaniem i urwanych z Księżyca ocen dziesięć na dziesięć. Upartym zamiast zakupu rekomendowałbym spotkania na BGA, gdzie jedno posiedzenie, bez rozszerzeń, można sprawnie zamknąć w około dwadzieścia minut. Od strony czysto planszówkowej ten projekt na żywo nie jest wart czasu, jaki należy mu poświęcić, szczególnie, gdy jest cała masa ciekawszych, tańszych i ambitniejszych pozycji, ot, jak choćby partyjka pokera przy ulubionym drinku.
4/10
BGG LINK
Comments