
W "Boże igrzysko" zagrałem raz w grupie 4 osób, z czego większość nie znały gry a prowadzący miał za sobą bodaj trzy rozgrywki. Nie powiem, żebym niecierpliwie czekał na tę okazję, skoro o grze nie wiedziałem dosłownie nic, ale że to Martin Wallace i w ogóle biały kruk, za którego trzeba zapłacić blisko tysiąc złotych w sieci, pomyślałem, że to może być jednak okazja, która się prędko nie powtórzy. Jak by nie było, chcąc poznać historię kinematografii, po prostu należy obejrzeć "Obywatela Kane'a", bo bez względu na to, czy trąci myszką, czy nie, podobnie więc - uznałem - może być z tym tytułem. No i ruszyliśmy z nauczaniem.
TEMAT
Zgodnie z opisem gracze wcielają się w rolę reprezentantów rodów magnackich, którzy walczą z najeźdźcami otaczającymi Rzeczpospolitą na przestrzeni XV i XVIII wieku oraz budują miasta, co w efekcie ma zapewnić na koniec rund i rozgrywki furę punktów zwycięstwa. Temat jest, co więcej zasady gry ulegają modyfikacji w późniejszych rundach, symulując wydarzenia historyczne, które toczą się poza granicami ojczyzny. Miłośnicy historii mogą docenić fundamenty "Bożego igrzyska", u mnie wywołały właściwie tylko wzruszenie ramion, jakoś nie czułem klimatu w czasie rozgrywki, ot takie specyficzne area control, gdzie jeden region atakuje drugi i jakoś to się wszystko przekuwa na sytuację graczy. Może to wina grafiki, może nie zostałem dostatecznie wprowadzony w fabułę, ale temat zdał mi się równie "silny" (cudzysłów!) co w El Grande, a więc niby jest, a jednak jakby go nie było.
ZASADY
Trudno opisać w kilku zdaniach zasady tak złożonej gry, która toczy się przez cztery rundy, a każda prowadzi nas przez jakieś piętnaście (jeśli nie więcej) faz, z czego około połowa jest w zasadzie skryptowana i ogranicza się do obsługi samej gry, a nie podejmowania decyzji przez graczy. Upraszczając każdą rundę można podzielić na dwa etapy, z czego pierwszy to czas przed atakiem wrogów ojczyzny, a drugi to rozpatrywanie tego właśnie ataku i jego skutków. Gracze trochę współpracują broniąc swoich miast zagrożonych zniszczeniem, ale mogą też utrudniać sobie nawzajem przetrwanie, między innymi drenując Armię Koronną z jej jednostek (które są do dyspozycji każdego) lub wetując możliwość wykorzystania owych sił w walce. Wszystko rozpatrywane jest poprzez rzut kośćmi, a tych można zliczyć i ponad dziesięć na osobę co każą rundę gry. Całość zajęła nam około 3.5 godzin z nauką zasad, które, jak wspomniałem, ewoluują wraz z rozwojem rozgrywki i przyprawiają nieco o ból głowy (łatwo o nieintencjonalne pomyłki wynikające właśnie z ich mylnej interpretacji). W skali złożoności od jeden do pięć dałbym grze 4, głównie ze względu na małą przejrzystość reguł właśnie, w czym zresztą - o ile mi wiadomo - nie pomaga sam podręcznik do "Bożych Igrzysk". Prowadzący, który miał za sobą bodaj trzy rozgrywki, zaglądał do niego kilkukrotnie, często rozkładając ręce lub kwitując jakieś nielogiczności słowami "no tak jest napisane".
OPRAWA GRAFICZNA
O ile główna plansza jest po prostu okej, to pudełko z tym wielkim łbem orła przypomina mi stare podręczniki do historii i jest zwyczajnie brzydkie i pretensjonalne. Estetyka rodem z Cascadii, brakuje tylko jelenia i zachodu słońca w tle. Planszetek graczy brak, mamy kilka kafli, które nie przykuwają uwagi i są do szybkiego zapomnienia. 2.5/5
KOMPONENTY
Rzadko spotykanym, choć mało estetycznym rozwiązaniem, jest główna plansza składana z fragmentów niczym puzzle. Poza tym mamy sześciany, cylindry i kafelki z wojskami. Nic nadzwyczajnego, ale też nic poniżej jakiegoś poziomu odbiegającego od standardów, szału na pewno tu nie ma, ale wstydu też. Pomoc gracza wygląda bardzo źle, wydrukowana na jakimś świstku, ale merytorycznie ratuje skórę (jeśli to inicjatywa prowadzącego, a nie element z pudełka, to Bartku daruj mi tę ocenę!).
INTERAKCJA
Jest i to jest jej sporo, w zasadzie wszystko, co robimy, w jakimś stopniu może wpływać na innych graczy (tworzenie wiosek tudzież miast jako ostatni w turze oznacza narażenie ich na największe ryzyko zniszczenia, jest weto, solidarna walka z najeźdźcami, przejęcie wioski gracza etc). Nie ma tu wiele akcji, które wprost skrzywdzą innych graczy, ale mogą ograniczyć nieco ich możliwości, każdy pozostaje kowalem swojego losu i nie zdarzy się, by na ostatniej prostej ktoś zdradziecko wbił nóż w plecy wygrywającemu, a przynajmniej ja nie dopatrzyłem się takiej możliwości. 4/5
ZALETY
Doceniam walor edukacyjny gry, wiele planszówek nawet jeśli mówi coś o historii naszej części Europy czasem pomija Polskę, a tutaj jest ona głównym tematem gry i to stworzonej przez wielkiego Martina Wallacea. Sam design jest interesujący, wiele aspektów "Bożego igrzyska" przypomina mi elementy innych, skądinąd doskonałych tytułów, jak "Troyes" (cykliczne inwazje), "John Company SE" (rzuty kostką i częściowa kooperacja graczy), czy "El Grande" (licytacja na początku gry jest bardzo podobna do zagrywania kart które determinują ilość sześcianów, jakie położymy na danym regionie). Podoba mi się idea pomagania swojemu szczęściu, a więc - siła kostek to jednostki wojskowe gracza, ale ilość rzutów to sześciany gracza w regionie, bardzo sprytne i do pewnego momentu dość ekscytujące rozwiązanie, zdecydowanie największy moim zdaniem walor rozgrywki.
WADY
Niby tło historyczne jest, ale jakoś nie żyje w czasie, gdy podejmujemy decyzję, wszystko ogranicza się do najazdów i jakiegoś upozycjonowania się względem im niechybnego rozpoczęcia. Mnie osobiście to nie urzekło, ale i nadto nie przeszkadzało w czasie rozgrywki, wydarzenia odbywały się więc dla mnie w tematycznej pół-próżni. Zdecydowanie nie zachwyciła mnie oprawa graficzna gry, szczególnie kafelki jednostek, które nie wiedzieć czemu, gdy obrazują określony typ rycerza, albo kopiują jego wizerunek, albo używają innego (zdecydowanie czytelniejsze byłoby używanie zawsze jednej ilustracji dla jednego typu wojsk). Wizualnie "Boże igrzysko" nie robi wielkiego wrażenia (orła przynajmniej można schować, planszy głównej już nie), komponenty są do bólu zwyczajne, to nie jest tytuł, który przyciągnie wzrok po rozstawieniu go na stole.

Największym mankamentem jest jednak liczba rzutów kostek, którą należy przeprowadzić co każdą rundę, a to właśnie ona determinuje najważniejsze rozstrzygnięcia w rozgrywce. Nie tylko ich ilość jest przytłaczająca, co również generowany wynik, o ile bowiem sprawia to frajdę gdy za pomocą jednego zbłąkanego rycerza dokonujesz prawdziwego pogromu wśród wrogich hord, o tyle gdy zainwestowałeś fortunę w armię, a wynik rzutów niszczy ją bezpowrotnie (jedynka oznacza iż jednostka poległa w walce), staje się to wyjątkowo depresyjnym doświadczeniem. Dodatkową wadą gry, nie mniejszą, niż wymagany łut szczęścia, jest też próg wejścia, ilość zasad, które należy przyswoić, zmieniających się w kolejnych rundach. Niewątpliwie wymagają one doskonałego przygotowania przez gospodarza, dokładnego zapoznania się z FAQ do gry, inaczej należy spodziewać się zaskakujących rozstrzygnięć, które mogą zepsuć całą radość z gry (w moim przypadku jeden z graczy miał wielkie szanse na zwycięstwo, ale nie był świadomy, iż kostki, które ma umieścić w razie trafienia wroga, muszą pochodzić z jego zasobów, a nie z innego miejsca na planszy, tak przynajmniej wskazywał podręcznik; wydaje się to zupełnie nielogiczne, ale reguły były nieubłagane). No i w końcu - "Boże igrzysko" wymaga dość czasochłonnej i precyzyjnej obsługi przez gracza, ta gra do pewnego stopnia gra się sama, a człowiek tylko sporadycznie podejmuje decyzje podczas jej przebiegu. Rozstrzyganie inwazji, walk, jakie najeźdźcy mogą toczyć między sobą, inwazji następujących po inwazjach jest mordęgą, która sprzyja pominięciu jakiegoś drobnego kroku, wymaganego rzutu kostką, co może wpłynąć na końcowe rozstrzygnięcia. Miałem wrażenie, że męczył się z tym i gospodarz, i wszyscy gracze biorący udział w grze.
OCENA KOŃCOWA
"Boże igrzysko" to było męczące spotkanie, które się już w moim przypadku zapewne nie powtórzy. Chciałbym napisać, że ta gra to zarządzanie chaosem, ale byłoby to nieuczciwe wobec gier, gdzie szczęście jest być może jeszcze bardziej istotne by odnieść zwycięstwo ("Stationfall", "John Company SE"). Tutaj jednak mamy kawał skryptowanej gry, gdzie gracz dorzuca się tylko do czegoś, na co do końca nie ma wpływu, zupełnie jakby gra była dodatkową osobą przy stole, której tury zabierają tyle samo czasu, co pozostałych. Widzę tutaj potencjał na coś interesującego, to niewątpliwie naprawdę wyjątkowy eksperyment w twórczości Martina Wallacea, ale moim zdaniem nieudany, zakończony na etapie proof-of-concept. Być może mam za mało cierpliwości i coś by się we mnie odpaliło przy drugiej lub trzeciej rozgrywce, ale już teraz - pomimo wygranej - nie mam ochoty znowu fundować sobie kilkugodzinnego rzucania kostką i nerwów z tym związanych. Rozumiem tych, którzy grę wielbią i chcą ją trzymać na półce, cóż, ja sam żałuję iż nie mam jej w swojej kolekcji, ale tylko i wyłącznie z powodu jej cen na second-marketach. Moja końcowa ocena to cztery na dziesięć, "Boże igrzysko" absolutnie nie trafiło w mój gust.
4/10
BGG LINK
Comments